Jak uczyłem czytania sylab

Napisała do mnie pewna mama :

Witam, moje dziecko ma x lat. Ma autyzm, literki zna, ale nie umie czytać. Nie umie ich połączyć. Czy jest taki program umożliwiający aby mogło się nauczyć ?
Pozdrawiam i dziękuję „

Moim zdaniem, trzeba zacząć od nauczenia dziecka czytania bardzo krótkich sekwencji liter, czyli czytania sylab.

Mieliśmy podobny problem.

Z nauczeniem literek, a dokładniej samogłosek, nie było większego kłopotu. Marcin uczył się samogłosek właściwie tak samo jak nazw innych przedmiotów. Pokazywało się np. szklankę i mówiło „szklanka”. Podobnie, pisałem samogłoskę „a” na tablicy suchościeralnej i mówiłem „aaa”.

Potem pokazywałem szklankę i pytałem:

– Co to jest?
– Szklanka.

Na tablicy pisałem „a” i pytałem :

– Co to jest?
– aa

Oczywiście, to nie było ani takie szybkie, ani takie proste. To trwało miesiącami, ale w zarysie właśnie tak to mniej więcej wyglądało.

Po jakimś czasie zaprzestałem zadawania pytań, tylko po prostu pokazywałem zapisaną na tablicy samogłoskę, a Marcin machinalnie nazywał to, co widział. I do tego trzeba doprowadzić, bo przecież nie będziemy zadawać dziecku pytania „Co to jest?” o każdą literkę, czy wyraz, w sytuacji gdy będzie ono miało przed sobą tekst pisany.

Żeby wspomóc uczenie samogłosek zrobiłem nawet prosty programik na komputer – Samogłoski

Dlaczego piszę o samogłoskach? Bo przy samogłoskach nie ma niejednoznaczności. Widzimy znak np. „e” i mówimy „e”, albo „eee”. Mówimy to, co widzimy. Ale spróbujcie zrobić coś podobnego ze spółgłoskami… Widzimy „t”, a mówimy „ty”, albo „tty”, albo jeszcze inaczej. Jak by się nie starać, zawsze zostanie coś na końcu. A jak przekazać dziecku autystycznemu lub z inną niepełnosprawnością intelektualną, że „t” to „t”, a nie „ty”?

Ja wymyśliłem i stosowałem coś takiego.

Jest pewna grupa spółgłosek, które nazwałbym prawie-samogłoskami, albo spółgłoskami dźwiękonaśladowczymi (te terminy to mój wymysł, nie wiem jak to nazywa się w literaturze).

Najbardziej reprezentatywne spółgłoski tej grupy, grupy którą będę dalej
nazywał grupą podstawową, to : s , r , l , w , z , m

Otóż spółgłoski te można wypowiedzieć prawie jak samogłoski :

– „s” jak „sssss”
– „r” jak „rrrrrr”
– ”z” jak „zzzzz”
itd.

Słyszycie to sssyczenie, warrrczenie, bzzzyczenie? 🙂

Oczywiście istnieją jeszcze inne spółgłoski o podobnych właściwościach (np. f, ś, ń, ż, ź), ale ze względu na ich graficzne lub dźwiękowe podobieństwo do grupy podstawowej, wprowadzałem je na późniejszych etapach, żeby nie wprowadzać dziecku niepotrzebnych utrudnień.

Spółgłosek z grupy podstawowej (s , r , l , w , z , m) zacząłem uczyć Marcina po nauczeniu samogłosek i uczyłem w taki sam sposób jak uczyłem samogłosek. Pokazywałem tablicę z napisanym znaczkiem „s” i mówiłem „sss”. Podobnie pokazywałem „w” i mówiłem „www”, pokazywałem „r” i mówiłem „rrr”, „z” – „zzzz”, „m” – „mmm”, „l’ – „llll”

Marcin to zrozumiał. Mam nadzieję, że to dlatego, że ta metoda była dobra, ale możliwe też, że zrozumiał, bo… zrozumiał i już. Mam nadzieję, że jeśli zastosujecie moją metodę, to też odniesiecie podobny sukcesik.

Tak więc na widok tablicy z napisanym znakiem „s” Marcin odpowiadał „sssssss”. Na widok „r” mówił „rrrrrrrrrr”
i tak dalej.

Teraz musiałem stoczyć, nie taką znowu krótką, batalię o to, żeby maksymalnie skrócić te syczenie i warczenie w jego wykonaniu. Korygowałem więc jego „sssssssss”, każąc mu powiedzieć ten dźwięk raz jeszcze, tym razem krócej, jako „sss”. Często też, pokazując tablicę z „s” sam mówiłem „ss”, zanim jeszcze zdołał otworzyć usta. W końcu udało się, i na widok „s” mówił „sss”, albo nawet „ss”. Z innymi spółgłoskami z grupy podstawowej było podobnie.

Kiedy już czytanie pojedynczych samogłosek i spółgłosek z grupy podstawowej było opanowane perfekcyjnie, żeby nie powiedzieć automatycznie, zacząłem próby połączenia ich w grupy 2-literowe.
A takie (sensowne) grupy 2-literowe, to przecież nic innego jak krótkie sylaby.

Dlaczego w grupy 2-literowe i dlaczego akurat przy wykorzystaniu tak niewielkiego zasobu nauczonych literek? Ano dlatego, że wcześniej, oczywiście nie raz i nie dwa razy, próbowałem zmusić Marcina do przeczytania prostych wyrazów metodą tradycyjną, „litera po literze”. Niczego nie mogłem uzyskać, pomimo że znał już wszystkie litery wchodzące w skład tych wyrazów. Nie umiał przeczytać nawet tak prostych wyrazów jak „mama” czy „osa”, a przecież znał perfekcyjnie wszystkie litery wchodzące w ich skład. Po prostu w jego głowie nie istniała jeszcze idea łączenia liter.

Uznałem też, że łatwiej będzie odczytać grupę 2 liter niż np. 3 i więcej – to wydawało mi się dość oczywiste.

Te grupy (sylaby) 2-literowe mogłem oczywiście budować tylko z samogłosek i znanych już Marcinowi spółgłosek z grupy podstawowej. Pytanie brzmiało – jak je dobierać?

Uznałem, że na początku grupy powinna być samogłoska, a spółgłoska powinna być na drugim miejscu.

Jeżeli przedstawimy dziecku 2 sylaby dwuliterowe, składające się z tych samych liter :

– se,
– es,

to, moim zdaniem, dziecku łatwiej będzie przeczytać sylabę zaczynającą się od samogłoski, czyli w tym wypadku sylabę es. Podobnie będzie w przypadku innych kombinacji – np. aw-wa, el-le, ir-ri – sylaby aw, el, ir jest znacznie łatwiej zacząć wypowiadać niż wa, le, ri.

Czy nie macie podobnego odczucia?

Nie wiem, czy specjaliści się ze mną zgodzą, ani czy istnieje coś na ten temat w literaturze przedmiotu. Takie było i jest moje wrażenie, i „odkrycia” tego dokonałem za pomocą intuicji i „chłopskiego” rozumu ;).

Wziąłem więc znowu tablicę suchościeralną, napisałem sylabę ar, posadziłem Marcina na krzesełku i podsunąłem mu tę tablicę pod nos. I co? I nic… Zresztą, tego się spodziewałem.

Wytarłem tablicę i napisałem na niej 2 literki a oraz r w pewnym oddaleniu jedna od drugiej. Zakryłem białą kartką literkę r i pokazałem tablicę raz jeszcze. Odpowiedź była natychmiastowa i poprawna :

– aa!

Zakryłem kartką literkę a i znowu pokazałem tablicę. Znowu poprawna odpowiedź :

– rr!

Teraz zacząłem bardzo szybko wachlować kartką, zakrywając raz jedną, raz drugą literę. Marcin odpowiadał szybko i prawidłowo. Po jakimś czasie zrezygnowałem z kartki do zakrywania liter – pokazywałem literę palcem, a Marcin odpowiadał prawidłowo (uwaga – litery były wciąż oddalone od siebie). Potem stopniowo, wręcz niepostrzeżenie, zacząłem pisać litery coraz bliżej siebie. Pokazywałem literki palcem albo wskaźnikiem, a Marcin odczytywał je prawidłowo, ale nie łączył ich jeszcze w sylabę. W końcu litery znalazły się tuż obok siebie, jedna za drugą, tworząc sylabę ar. Marcin czytał jednak te literki osobno, robiąc między nimi krótkie przerwy. Żeby „zwalczyć” te przerwy, ponaglałem go mówiąc „szybciej” (to słowo akurat rozumiał) i/lub coraz szybciej przesuwając wskaźnik z literki a na literkę r. To sporo pomogło, ale nie rozwiązało problemu całkowicie. W końcu, być może niepotrzebnie, bo wiedziony niecierpliwością, idąc na „skróty”, zacząłem pokazywać Marcinowi tablicę z napisaną sylabą, mówiąc jednocześnie:

ar!

Załapał. Potem, za każdym razem kiedy pokazywałem mu tablicę z ar, mówił :

arr!

Uwaga, żeby nie było niedomówień – cały czas obrabiana była jedna i ta sama sylaba ar. Wskaźnik pokazujący literki prowadziłem od litery a do litery r. Nie róbcie odwrotnie, bo możecie nauczyć dziecko czytać w odwrotnym kierunku!

No i jeszcze jedno – przejście od a przerwa r do arr nie odbyło się w czasie jednej sesji, ani nawet w czasie jednego dnia. To trwało tygodnie. Musicie być na to przygotowani.

No a potem – kolejne sylaby typu es, eł, aw, am, as, or itd., dobierane według proponowanego przeze mnie klucza (samogłoska na początku, a potem spółgłoska z grupy podstawowej) i ćwiczone w taki sam sposób jak opisałem.

Z tymi kolejnymi sylabami było już trochę łatwiej. Potem zacząłem ćwiczyć również „normalniejsze”, niezaczynające się od samogłoski i bardziej skomplikowane sylaby typu ra, wa, we, rar, za, zaw, zas itp.
W końcu doszedłem do tego, że pisałem na tablicy sylabę, której Marcin wcześniej nie widział, a on odczytywał ją samodzielnie!!!

Potem przyszedł czas na nauczenie reszty spółgłosek, tych mniej „samogłoskowatych”, spoza mojej grupy podstawowej, a więc takich jak t, k, d, p, ż, ź, ł, b itd. Uczyłem ich w sposób tradycyjny – tablica, literka t wypowiadana przeze mnie jako ty (bo inaczej powiedzieć się nie da), ale prawie natychmiast po nauczeniu wpleciona w jakąś sylabę – np. ta, to, it.

Uczyłem tylko liter drukowanych i tylko małych liter. Powód – takie spotykamy najczęściej. Nie uczyłem czytania ręcznego pisma – to nie 1-sza klasa zwykłej szkoły.

Tylko niech Wam nie przyjdzie do głowy uczyć brzmienia spółgłosek w ich wydaniu „alfabetowym”, czyli t jak te,b jak be, c jak ce, k jak ka, w jak wu!!! No, ale ta uwaga, to chyba w tym gronie jest trochę nie na miejscu…

Teraz można już było ćwiczyć bardziej skomplikowane, „doroślejsze”, sylaby – np. kra, ta, ma, mak, rak, koń, kot. Jak widać, można tutaj włączyć nawet krótkie słówka.

Za dwuznaki (sz, cz, rz, dz, dź, ch, dż) nie zabierałem się na tym etapie. Uznałem, że na to przyjdzie czas później.

Wtedy też przyszedł mi do głowy pomysł na zrobienie programu komputerowego. Jest tutaj: http://autyzmsoft.pl/sylaby Można do niego wgrywać sylaby o różnym stopniu skomplikowania (jednak na początek zalecam tworzone według opisanego klucza z użyciem spółgłosek z grupy podstawowej) i zostawić dziecko z programem, żeby komputer „przemawiał” do niego.

Ale najpierw trzeba się niestety „pofatygować” osobiście. Tablica suchościeralna wisiała u nas na ścianie przez wiele lat, ale do ćwiczeń z dzieckiem metodą „jeden na jeden” polecam mniejszą, taką, którą możecie swobodnie trzymać w rękach i manipulować nią.

Reasumując:

1. Najpierw uczyłem Marcina samogłosek.
2. Następnie uczyłem spółgłosek z grupy podstawowej (s, r, l, w, z, m), bo brzmią prawie jak samogłoski.
3. Następnie uczyłem sylab 2-literowych bazując na nauczonym w pkt. 1. i 2. materiale, ale tak, żeby sylaba zaczynała się od samogłoski.
4. Stopniowo zwiększałem liczbę liter w sylabach; teraz sylaby zaczynały się również od spółgłosek.
5. Następnie zacząłem uczyć „typowych” spółgłosek (t, k, b, p), prawie jednocześnie wplatając je w sylaby (ta, ma, mak, kot…). Dwuznaków nie uczyłem, żeby nie komplikować.
6.Wspierałem się programem komputerowym http://autyzmsoft.pl/sylaby, ale podstawowym narzędziem była tablica suchościeralna i sesje „jeden na jeden” z dzieckiem.

Kiedy Marcin już dobrze radził sobie z sylabami, przyszła pora na dwuznaki i na czytanie metodą globalną. Ale o tym może kiedy indziej…

Szkoła – nie mogę o tym nie wspomnieć. Marcin był uczony czytania również w szkole. Nie było to głównym tematem jego zajęć, ale ten element też występował na lekcjach. Nie wiem, jaką metodę tam stosowano, ja opisałem to, co robiliśmy w domu. Szkoła na pewno była pomocna – przekonałem się o tym, kiedy zabrałem się za dwuznaki. Marcin nauczył się ich błyskawicznie. Najprawdopodobniej dlatego, że przerabiał to także w szkole.

To, co tutaj opisałem, to moje doświadczenia z nauczaniem syna czytania sylab. Poruszałem się w tym temacie właściwie „po omacku”, wiedziony jedynie intuicją, zdrowym rozsądkiem i znajomością deficytów mojego dziecka. Umieszczam ten post w nadziei, że może ktoś skorzysta z moich doświadczeń. Nie chciałbym jednak nikomu zaszkodzić, więc zalecam skonsultować temat z fachowcem. Dobre miejsce to: http://czytanieglobalne.edu.pl

This entry was posted in Bez kategorii. Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *